Korporacyjne gówno

Pamiętacie jak byliście dzieciakami, pełnymi wiary w swoje marzenia, snując plany na całe życie? Gdy nie było żadnych ograniczeń? Co się stało z tymi dzieciakami?

 

Dlaczego z roku na rok zabijamy w sobie pasję, chęć życia, optymizm, szukanie rozwiązań?
Wiecie co jest irytujące? Kiedy byliśmy mali i chcieliśmy spełnić jakieś marzenie, to mówiono nam, że na to przyjdzie jeszcze czas, że teraz trzeba się skupić, by dostać się do dobrego liceum. W liceum mówiono nam, że teraz jest czas na naukę, bo trzeba dobrze zdać maturę. Po maturze zamiast marzeń trzeba było dostać się na studia. Na studiach zaś, mówi się nam, że trzeba skupić się na nauce, by mieć dobrą pracę. A jak mamy dobrą pracę, której często nie lubimy, to nie ma już czasu na marzenia. Bo trzeba myśleć o opłatach za mieszkanie, o jedzenia, zapłaceniu rachunków, czy nawet spłaceniu kredytów.

Wiecie co? To jest do dupy. Zdałam sobie z tego sprawę koło osiemnastki.

Najlepszy tekst wielu rodziców: „Jesteś niepełnoletni, masz się nas słuchać”. A jaki zazwyczaj padał tekst po skończeniu 18 lat? „Dopóki mieszkasz pod tym dachem, masz się nas słuchać”.

 

Nie rozumiem dlaczego wielu rodziców tak bardzo chce nas ukierunkować i wpędzić w schemat, w który wielu z nas wpaść nie chce. Dobre studia, dobra praca. I po co? Żeby potem iść do pracy w korporacji? Zarabiać tych kilka tysięcy miesięcznie, ale.. właśnie. Dużo jest tego „ale”: 1) zostawanie po godzinach w pracy, 2) wyścig szczurów, 3) praca której się zazwyczaj nie znosi, która przynosi stres, 4) praca, w którą włożymy całą naszą pasję, zaangażowanie, by po kilku/kilkunastu/czasem kilkudziesięciu latach dostać kopa w dupę, zostać zgniecionym jak robak podczas wręczenia wypowiedzenia.

Dlaczego jak robak? A bo zazwyczaj nie jest to wypowiedzenie wręczone dlatego, że coś zrobiliśmy nie tak. Po prostu przestajemy komuś pasować, albo wiemy za dużo, albo po prostu wolą zatrudnić kogoś nowego, komu będą mogli mniej płacić.

I co zostaje z tych lat poświęceń? Jedno wielkie gówniane NIC.

Ale spoko, jesteście młodzi, jeszcze o tym się przekonacie. Ja już się przekonałam, gdy patrzyłam co się dzieje z moimi bliskimi, którzy mieli tę „przyjemność” pracować w korpo. A nawet doświadczyłam tego na własnej skórze.

 

Najgorsze jest, że podczas tych Waszych poświęceń zapominacie o bliskich, o rodzinie i przyjaciołach, zapominacie o swoich pasjach i marzeniach, rezygnujecie z tego, bo przecież macie cudowną pracę i musicie pracować… Dlatego mówicie „Przepraszam Kochanie, dzisiaj wrócę później, bo muszę wziąć nadgodziny” (tak jak wczoraj i tydzień temu i w zasadzie cały czas).  Albo „Kochanie, naprawdę cię przepraszam.. Nie mogę pojechać na nasz zaplanowany weekend, bo wypadła mega ważna sprawa w biurze i w weekend muszę się tym zająć”. Wiecie co? Myślicie, że jesteście niezastąpieni? To Wam to uświadomię – w korporacji każdego da się zastąpić, jeśli tylko przestaje pasować szefostwu. Niestety często tak jest, że gdy zaplanujecie sobie urlop, okazuje się, że jest „mega ważna sprawa, najważniejsza od wielu lat” i Was ściągają z urlopu. A sprawa jest gówno warta, ale musicie być tu na miejscu, przecież możecie sobie poczekać kolejny CAŁY ROK, by dostać upragnione pieprzone DWA TYGODNIE urlopu. Tak. Tyracie cały rok, by dostać 2 tygodnie wolnego. To jest życie? To jest ta wolność? To ja chyba dziękuję.

 

Czy naprawdę tak chcecie spędzić życie? Czekając na wyższą pensję, czekając na lepsze warunki pracy, zostając po godzinach, z nadzieją otrzymania awansu? Jeśli tak, okej. Nie mój biznes.

 

Szkoda tylko, że przez takie korporacje wiele par, wiele rodzin się od siebie oddala, a życie ucieka. Ludzie pędzą jak głupi w tej korporacyjnej machinie, by potem na koniec się tak mocno rozczarować. A wtedy czasem może być już za późno, by nadrobić stracone lata…
Tym akcentem zakończę ten temat.